Tak więc po długim, długim czasie [nawet bardzo długim, ale wierzcie mi - zdaję sobie z tego sprawę :P] przyszła pora, aby zakończyć to opowiadanie. Przyznaję szczerze, że nie robię tego z jakimś specjalnym żalem - w tym momencie cieszę się, że mogę już to skończyć, bo pisanie ostatnich rozdziałów zdecydowanie nie przychodziło mi z łatwością. To prawda, przywiązałam się do moich bohaterów, którzy zmieniali się wraz z biegiem czasu razem ze mną. Opowiadanie także było i jest mi z pewnych względów bardzo bliskie. Z drugiej strony zmieniłabym jednak w tym momencie całą jego teraźniejszą oprawę. Może kiedyś to zrobię, o ile znajdę na tyle czasu i weny... Teraz chciałabym jedynie podziękować wszystkim, którzy byli na tyle cierpliwi [wierzcie - doceniam to :P], żeby wytrwać do końca tego opowiadania. Nie uważam je za jakiekolwiek osiągnięcie - raczej przeciwnie, więc tym bardziej dziękuję Wam, że chciało Wam się przez cały czas przychodzić i czytać te moje wypociny na marnym poziomie. :P Dzięki za Wasze komentarze, poganianie mnie do napisania nowej notki [xP] i za czas poświęcony moim bohaterom. Jeszcze raz przepraszam za nieco zaniedbania z mojej strony, ale wierzcie mi - wynikło ono z powodów ode mnie niezależnych. Dziękuję przede wszystkim mojej Aydi [czasem zastanawiam się, jak Ty jeszcze ze mną wytrzymujesz ;-P], Egleriel [wreszcie doczekasz się tak bardzo oczekiwanej końcowej sceny xD xP], Gejdzie [przepraszam, że tak bardzo Cię zaniedbałam ostatnimi czasy...], Foggy [życzę Ci dużo weny i tego, żebyś nadal pozostała przy swojej oryginalności, za którą cenię Twoje opowiadanie :)] oraz wszystkim tym, którzy byli związani przez jakiś czas z moim blogiem [Polac, Arven, Gwiazdooka, Silmewen... i pozostali ;)]
A teraz kończę już tą wstępną tyradę [:P] i zapraszam do czytania ostatniego odcinka, który jest według mnie jest co prawda za bardzo mydlany i mdły, ale może go jakoś przełkniecie. ;-P
Pozdrawiam wszystkich ciepło. :*
Meaveriell powoli podeszła do leżącego bez ruchu Dimmlona. Na jego płaszczu widniała podłużna plama zakrzepłej krwi - świadectwo niedawnej walki z Arenherthem i jego śmiertelnego uderzenia. Jak przez mgłę przypomniałam sobie chwilę, w której mój krzyk, mający być dla niego ostrzeżeniem przed zdradliwym ciosem, zlał się w jedno z wypowiedzianym przez niego moim imieniem. Stanęły mi przed oczami wszystkie chwile, jakie ze sobą spędziliśmy. Dopiero teraz w pełni zdałam sobie sprawę z tego, jak wiele mu zawdzięczam...
- Podejdź tutaj, Ermenel. Nie bój się... - z zamyślenia wyrwał mnie cichy głos Meaveriell.
Powoli podeszłam w jej kierunku, patrząc na dziwne, szybkie ruchy jej palców, wykonywane tuż nad rozcięciem, widniejącym na płaszczu Dimmlona. Jej usta poruszały się szybko, wypowiadając słowa w nieznanym mi języku. Przeniosłam wzrok na nieruchomą twarz elfa. Na jego brodzie i policzkach widoczne były zaschnięte strużki krwi. Delikatnie wytarłam je skrawkiem sukni, patrząc na jego opuszczone, nieruchome powieki. Przeniosłam wzrok na otaczających mnie elfów - wszyscy zdawali się być zbyt pochłonięci rozmową z niedawnymi jeszcze buntownikami, aby dostrzec rozgrywającą się obok scenę z udziałem nieziemskiej bogini. A może to ona nie chciała być zauważona?
- Ha'ellen na effe, yn elas na vente... - zakończyła śpiewnie Meaveriell, unosząc w górę dłonie.
Spojrzałam na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą widoczna była podłużna rana, otoczona zakrzepłą krwią. Teraz nie było po niej ani śladu! Szybko przeniosłam spojrzenie na Meaveriell. Uśmiechnęła się lekko, wstając i odchodząc kilka kroków w bok.
Przeniosłam spojrzenie z powrotem na Dimmlona. Przez chwilę nic się nie działo, a potem, powoli, jakby z lekkim ociąganiem, otworzył oczy. Kiedy mnie zobaczył, na jego twarzy zagościł niewyraźny, tak dobrze znany mi uśmiech. Powoli uniósł się na łokciach, tym samym znajdując się po chwili na wysokości mojej twarzy.
- Ty żyjesz! - wyrwał mi się z piersi radosny okrzyk, po czym, niewiele myśląc, z całym impetem rzuciłam mu się na szyję.
- Spokojnie, dziewczyno! Udusisz mnie! - roześmiał się elf.
Jego głos był jeszcze dosyć słaby. Odsunęłam się lekko i z niepokojem spojrzałam na jego bladą twarz.
- Nie patrz tak na mnie. Nic mi nie jest - powiedział natychmiast.
Poczułam, jak jego dłoń zaciska się delikatnie na mojej. Tym razem to on spojrzał na mnie z niepokojem.
- Gdzie Lloth? Co z buntownikami? Jak trzymają się nasi?
- Sam zobacz - wskazałam głową w kierunku otaczających nas elfów.
Dimmlon ze zdziwieniem patrzył na byłych popleczników Lloth, klękających ze skruchą przed swoimi dowódcami. Patrzył na żołnierzy Verendill, rozmawiających ze sobą przyciszonymi głosami, w których nie było już jednak nieufności. Po chwili przeniósł zdumione spojrzenie z powrotem na mnie.
- Będziesz mi chyba musiała sporo opowiedzieć - stwierdził rzeczowo.
Roześmiałam się cicho.
W tej samej chwili podeszła do nas Meaveriell. Na twarzy Dimmlona, o ile było to możliwe, odmalowało się jeszcze większe zdumienie.
- Czy ja nie...? - zaczął powoli.
Kobieta uśmiechnęła się tajemniczo, po czym skierowała swoje spojrzenie na mnie.
- Czas naszego ostatniego spotkania się kończy, księżnczko Verendill. Chciałam ci jeszcze raz podziękować.
- To ja powinnam...
- Nie, Ermenel. - przerwała. - Zrobiłam to, co powinnam była zrobić. A ty podjęłaś jak najsłuszniejszą decyzję.
Dimmlon patrzył to na mnie, to na nią, nic nie rozumiejąc z tej dziwnej rozmowy.
- Musisz się śpieszyć, księżniczko. - kontynuowała Meaveriell. - Niedługo brama zamknie się na zawsze, a wraz z nią zamkną się i dopełnią te wszystkie wydarzenia, które miały dzisiaj miejsce.
Skinęłam lekko głową, nie wiedząc, co powiedzieć.
- Niech to będzie nasze pożegnanie, pani Verendill, ostatnia z władców starego świata. Wiedz, że dawny świat zniknie z pamięci ludzkiej, lecz bohaterskie czyny przetrwają na wieki. Nie pozwól jednak, by zapomniane królestwo nie zdołało przetrwać a pamięci twoich poddanych.
- Na pewno nie zapomnę - zapewniłam z przekonaniem.
- Wierzę - Meaveriell uśmiechnęła się lekko. - Niech ten nowy świat będzie budowany na nieśmiertelnych wartościach starego porządku, a siły, które nad nim patronują, niech pozostaną na właściwym sobie miejscu, wspierając władców nowego czasu w ich poczynaniach. Daję wam swoje błogosławieństwo, elfy starego czasu, budowniczy nowej rzeczywistości. Czyńcie ją taką, jaką już od wieków powinna być.
Postać Meaveriell otoczył powietrzny wir, błyskający czerwono - szaro - fioletowymi iskrami. Bogini uśmiechnęła się lekko.
- Żegnaj, Ermenel. Żegnaj, Dimmlonie. Daję wam jeszcze trochę czasu, ale pamiętajcie, że brama do waszego nowego świata niedługo się zamknie. Opowieść jednak, choć zatarta przez nieustępliwy czas, pozostanie...
Lekko skłoniłam głowę w stronę szumiącego cicho wiru i znajdującej się w nim postaci. Czołowy zwiadowca Verendill poszedł moim śladem.
Gdy oboje podnieśliśmy głowy, Meaveriell już nie było.
Powoli odwróciłam się w stronę Dimmlona. Elf milczał, wpatrując się we mnie z nieokreślonym wyrazem twarzy. Jego dłoń nadal spoczywała na mojej. Nieśmiało wyciągnęłam rękę i delikatnie odgarnęłam z jego czoła brązowe, opadające mu na twarz kosmyki.
- Bałam się, że cię stracę... - szepnęłam ledwo słyszalnie. - Nie potrafiłam uświadomić sobie, ile ci zawdzięczam...
Dimmlon wziął moją rekę i przycisnął ją sobie do ust.
- To ja jestem ci winien wyjaśnienie. - powiedział cicho. - Widzisz... kiedy straciłem rodzinę, obiecałem sobie, że do nikogo się już nie przywiążę - bałem się kolejnej straty, bólu... Stałem się zimny i ironiczny, bo to był najlepszy sposób na odgrodzenie się od wszystkich, z którymi łączyły mnie jakiekolwiek więzi. Nie chciałem, żeby sytuacja sprzed trzynastu lat się powtórzyła, więc wolałem samotnie błąkać się wśród lasów, nie przywiązany do nikogo, wolny... Tak było lepiej. A potem pojawiłaś się ty.
Elf zapatrzył się w dal, przerywając na chwilę. Już od dawna wiedziałam, że jego chłód i ironia są tylko pozorne - udowodnił mi przecież wielokrotnie, że jest zupełnie inny niż mogło się to wydawać na pierwszy rzut oka.
- Próbowałem odizolować się od ciebie, wiedziałem, że jeśli będę srogi i nieprzyjemny, będziesz ode mnie w jakiś sposób uciekać. Chroniłem w ten sposób samego siebie, wiedziałem o tym, ale nie mogłem znaleźć innego rozwiązania, a bałem się, że cię stracę... Lepiej było więc zachować dystans, nie przywiązywać się... Potem wypadki potoczyły się tak szybko - twoje porwanie, śmierć króla, nasze spotkanie na dziedzińcu... Wiedziałem, że jest już za późno, żeby udawać obojętność, więc wyruszyłem do Morwen, żeby przynajmniej w ten sposób ci pomóc, nie narażać cię, a może i zniechęcić do siebie... Miałaś tyle obowiązków na głowie, przeżyłaś tak wiele... A przecież i ja mogłem zginąć...
Spojrzałam szybko w inną stronę, jednak Dimmlon zdecydowanym ruchem odwrócił moją twarz z powrotem, tak, że patrzyłam teraz prosto w jego ciemnoniebieskie oczy.
- A potem, po uderzeniu tego... Arenhertha... - tu elf zrobił zniesmaczoną minę - Miałem sen. Stałem na dziedzińcu Verendill i patrzyłem, jak powoli schodzisz po schodach w kierunku miasta. Wiedziałem, że jeśli cię nie zatrzymam, to utracę cię już na zawsze. Jednocześnie jednak nie mogłem się poruszyć, a głos uwiązł mi w gardle. Nie mogłem nic zrobić. Wiedziałem, że jest już za późno... A potem pojawiła się ta kobieta z falującymi włosami...
- Meaveriell? - przerwałam zdziwiona.
- Tak... Chyba tak. Stanęła przede mną z, muszę przyznać, dość surową miną i powiedziała...
***
Pojawiła się niewiadomo kiedy. Stanęła przed nim. Jej długie włosy nieustannie falowały wokół jej postaci pod wpływem niewyczuwalnego wiatru.
- Kim jesteś? - zapytał zaskoczony.
- Nie możesz jej teraz opuścić, Dimmlonie - rzekła tamta, nie odpowiadając na zadane pytanie. - Czas rozstać się wreszcie z przeszłością. Ona cię potrzebuje.
Patrzył na nią zdumiony, nie mogąc wydusić słowa. Wiedziała jednak, że zrozumiał.
***
Patrzyłam na odbijające się w oczach Dimmlona promienie powoli zachodzącego słońca. Przypomniał mi się dzień, w którym wyszliśmy oboje z ciemnego lasu, podziwiając roztaczający się wokół widok. Czułam się teraz podobnie.
- Przez tak długi czas ukrywałem to przed tobą, bojąc się, że każdy dzień może ze sobą przynieść stratę, z którą nie pogodziłbym się do końca życia. Teraz jednak wiem, że popełniłem błąd. Powinienem był mówić ci to codziennie, żebyś wiedziała, że jest ktoś, kto jest gotowy ochraniać cię o każdej porze dnia i nocy...
Wstrzymałam oddech. Dimmlon uniósł rękę i delikatnie odgarnął włosy z mojej twarzy.
- Kocham cię, Ermenel. Kocham cię już od pierwszego dnia naszego spotkania. Wybacz, że nie potrafiłem okazać tego do tej pory. Czy w twoim sercu znajdzie się choć trochę litości dla biednego, korzącego się u twych stóp poddanego?
Uśmiechnęłam się lekko. To wystarczyło.
Gdy twarz Dimmlona powoli zbliżała się ku mojej, zdołałam spojrzeć kątem oka w kierunku lśniącej bramy Sinyakuille. Wyglądała iście nieziemsko na tle czerwonego, powoli zachodzącego za wzgórza słońca. Uśmiechnęłam się lekko, wspominając słowa Meaveriell. Wiedziałam, że nie będzie mi łatwo, ale wiedziałam też, że będę w stanie doprowadzić poddanych do upragnionego szczęścia i wolności, kryjącego się za ozdobnym łukiem Sinyakuille. Bramy, wiodącej do nowego, lepszego świata.
Na początku jestem Wam chyba winna nieco wyjaśnienia... Przez długi okres czasu miałam kompletny zastój weny, na co nakładał się jeszcze brak czasu, w związku z czym bardzo długo nie dodawałam nowego odcinka. Można nawet powiedzieć, że trochę obrzydło mi to opowiadanie [w tej chwili uważam po prostu, że stać mnie na coś więcej, a opowiadanie o Ermenel po prostu mi się nie podoba, może wyłączając niektóre fragmenty], więc nie chciałam pisać kolejnego odcinka na odwal, bo to nie jest w moim zwyczaju. Ten, który dodaję dzisiaj, też nie do końca mi się podoba, ale stwierdziłam, że dłuższe zwlekanie byłoby naprawdę grubą przesadą, zwłaszcza że sama mam już dość ciągnięcia tego w nieskończoność. Tak więc przepraszam Was, po pierwsze za brak wyjaśnienia i brak notki przez tak długi okres czasu, a po drugie za to, że nie odwiedzam Waszych blogów - po prostu brakuje mi na to czasu, a poza tym jakoś odcięłam się od tego opowiadania i nawet przestałam w pewnym momencie zaglądać na ten blog. Tak więc jeszcze raz bardzo Was przepraszam i od razu mówię, że nie wiem, kiedy dodam ostatni odcninek [ten tutaj jest przedostatni], bo naprawdę mam bardzo dużo nauki i zajęć, więc ledwo się wyrabiam. Mi samej zaczyna już brakować tej mojej pisaniny, ale nic na to nie poradzę - wiem, że jakbym się za to wzięła, prawdopodobnie nieco zawaliłabym szkołę, bo bym się w to wciągnęła, a tego nie chcę.
No dobra, dość już tego gadania - na koniec obiecam Wam tylko, że na ostatni odcinek nie będziecie musieli czekać na dugo jak na ten - postaram się go dodać względnie szybko. Aha - i dzięki za te wszystkie komenty, które mimo wszystko przywołały mnie do jako takiego porządku. ;) No i miło jest czytać, że ktoś jednak czeka na kolejne odcinki, a nie przychodzi tylko ze względu na komentarze - dziękuję Wam za to. :)
A teraz przechodzę wreszcie do przedostatniego rozdziału [lojalnie ostrzegam:jest długi].
Powoli wstałam i podeszłam kilka kroków w stronę lasu, próbując opanować lekkie drżenie rąk. W tej chwili chciałam tylko jednego: zginąć w walce, pogrążyć się w nieprzeniknionej ciemności, przestać myśleć, czuć... Po prostu zasnąć i już nigdy się nie obudzić...
Walka ustała. Wokół panowała zupełna cisza. Buntownicy stali obok żołnierzy Verendill, zdając się zupełnie ich nie zauważać. Na twarzach wielu z nich dostrzegłam drwiące, pełne triumfu uśmieszki. Wszyscy, wliczając w to moich poddanych, patrzyli w kierunku ciemnej ściany lasu, do której podchodziłam, doskonale zdając sobie sprawę z tego, iż za chwilę wydarzy się coś, co przesądzi o ich przyszłym losie.
Ktoś, kto znalazłby się przypadkiem na tej polanie, gdzie jeszcze niedawno rozgrywała się bitwa, z pewnością wyczułby tu teraz atmosferę pełną napięcia i oczekiwania.
Zatrzymałam się kilka metrów przed ścianą lasu, unosząc do góry zakrwawiony miecz. Krzaki przede mną zaszeleściły cicho. Kilkadziesiąt elfów wstrzymało oddech.
O kobiecie, która wyszła zza drzew, można było powiedzieć na pewno jedno: w żadnym wypadku nie była brzydka. Wręcz przeciwnie: na jej plecy, zasłonięte zwiewną białą suknią, spływały kaskady długich, kasztanowych włosów, ściągniętych na czole srebrną opaską. Rysy jej twarzy były niesamowicie delikatne, wręcz królewskie.
Powoli podeszła do mnie, tak, bym mogła spojrzeć jej w oczy. Wstrzymałam oddech. Serce załomotało mi w piersi niczym młot. Patrzyłam w te same oczy, które miałam okazję niejednokrotnie widzieć w swoich snach, zwierciadle Sandweere czy podczas zwycięskiej próby z Tullaine. Łagodne, bursztynowe oczy, za którymi tak tęskniłam...
- Ermenel, moje dziecko... - szepnęła moja matka, królowa Nelvhis. - Jak ja za tobą tęskniłam...
Nieświadomie upuściłam miecz, cofając się o kilka kroków i dysząc ciężko. Zupełnie zapomniałam o otaczających nas elfach, zdumionych tak samo jak ja. W mojej głowie kołatała się tylko jedna myśl: "To niemożliwe... To nie może być prawda... Niemożliwe... Przecież ona nie żyje..."
- Dlaczego się mnie boisz, Ermrnel? - zapytała królowa. W jej głosie słychać było wyraźny smutek. - Córeczko... Tak długo czekałam, żeby cię znów zobaczyć...
- T-to... n-niemożliwe... - wyjąkałam ledwo słyszalnie.
Nelvhis uśmiechnęła się lekko, choć jej oczy pozostały smutne.
- Zaufaj mi. - szepnęła, wyciągając w moim kierunku rękę.
Zawahałam się.
- Proszę. Zaufaj mi.
Powoli odwróciłam głowę i nie wiedząc do końca, dlaczego to robię, spojrzałam na Dimmlona, leżącego bez ruchu kilka kroków za mną. W tym samym momencie przypomniałam sobie jego słowa: " Od dzisiaj zaczniesz ćwiczyć silną wolę, a przy tym także obronę umysłu. Może ci się to przydać, gdy staniesz oko w oko z Lloth, która na pewno będzie starała się obezwładnić się i podporządkować sobie za pomocą Firyallaine. Ty musisz umieć powrócić do rzeczywistości; uświadomić sobie, że masz potężniejszą wolę niż zamknięte w kuli siły."
Nagle wszystko zrozumiałam.
- Przestań się ukrywać, Lloth. Nikogo nie oszukasz. - powiedziałam wolno.
Po pięknej twarzy królowej wolno popłynęła pojedyncza łza.
- Ermenel... To ja - twoja matka... Jak możesz...
- Wasza Wysokość... - usłyszałam lekko deprymujący głos jednego z dowódców wojsk Verendill. - Przecież to...
Powstrzymałam go gestem dłoni, po czym, nie spuszczając oczu z twarzy królowej, przeszłam kilka kroków i podniosłam z ziemi swój miecz.
- Wystarczy tej zabawy, Lloth.
Królowa uśmiechnęła się: najpierw smutno, po chwili jednak jej uśmiech stał się tak złośliwy, iż zupełnie przestał pasować do tej pięknej twarzy.
- Widzę, że jednak sporo się nauczyłaś - syknęła, postępując kilka kroków w moją stronę.
W miarę, jak się zbliżała, jej postać ulegała dziwnym przemianom: kasztanowe włosy znikły, a na ich miejscu pojawiły się niezbyt gęste, jasne kosmyki o szarawym odcieniu. Oczy stały się przeraźliwie zimne. Długa biała suknia znikła, a ciało elfki zaczęło nabierać dziwnych, nieregularnych kształtów.
Kiedy stanęła przede mną, już całkiem przemieniona, nie mogłam opanować cichego okrzyku. Teraz rozumiałam już, dlaczego niektórzy mówili o niej z taką odrazą.
Lloth nie była do końca człowiekiem. Jej ciało, do połowy ludzkie, swoją górną częścią przypominało ciało kobiety, choć było niezwykle wychudłe. Zamiast nóg Lloth posiadała jednak pajęczy odwłok, osadzony na sześciu czarnych, włochatych odnóżach.
- A więc nareszcie mamy okazję stanąć twarzą w twarz, Wasza Wysokość - syknęła przez zęby, podchodząc do mnie.
Nie odpowiedziałam. Mój wzrok utkwił za to w niewielkim, otoczonym różowawą mgiełką krysztale, zawieszonym na szyi poczwary.
- Tak, księżniczko. To Firyallaine - potwierdziła Lloth, jakby czytając w moich myślach. - Klejnot, dający siłę, o jakiej nawet nie możesz marzyć... Przypatrz się mu dobrze, bo widzisz go po raz ostatni w swoim niedługim i naiwnym życiu...
Zanim zdążyłam wykonać choćby najmniejszy ruch, z kryształu, spoczywającego na szyi Lloth, wystrzeliła smuga srebrnego, oślepiającego światła. Zdołałam jej uniknąć dosłownie w ostatniej chwili, upadając na ziemię. Smuga uderzyła w rosnące tuż za mną drzewo, zostawiając po nim zaledwie niewielki fragment pnia.
Błyskawicznie wstałam, kierując miecz w stronę Lloth. Poczwara roześmiała się na ten widok.
- Myślisz, że jesteś w stanie pokonać mnie marnym kawałkiem stali? - zawołała szyderczo, niby przypadkiem dotykając palcami kryształu. - W porównaniu z moją potęgą jesteś nikim, podobnie jak reszta twojej marnej rasy!
- To nie jest twoja potęga, ale tych sił, które sobie przywłaszczyłaś - powiedziałam głośno, unikając kolejnej, mknącej w moją stronę błyskawicy. - Słaby jest ten, który używa cudzej siły i podstępu do przejęcia władzy.
- Jesteś żałosna, księżniczko - roześmiała się Lloth. - Dzięki swojej naiwności sama skazujesz swój świat na zagładę!
Kolejna świetlista smuga, odbita od mojego miecza, zatrzymała się tuż przed twarzą poczwary, reagując na gest jej dłoni. Wiedziałam, że w ten sposób nie uda mi się wygrać - Firyallaine dawała jej zbyt wielką moc. "Prędzej czy później nie zdążę uchylić się przed kolejną z tych błyskawic lub po prostu zabraknie mi sił do dźwigania miecza" - pomyślałam rozpaczliwie. Lloth uśmiechnęła się wstrętnie, jakby odgadując moje myśli. Unikając kolejnej smugi światła, jeszcze raz spojrzałam na otoczony mgiełką kryształ. W tym samym momencie, podobnie jak wcześniej spoglądając na Dimmlona, przypomniałam sobie nie tak dawno usłyszane słowa: "Gdyby siły pozostały na wolności, bunt elfów nie mógłby dojść do skutku, bowiem taka poczwara jak Lloth nie miałaby nawet szansy na to, by się urodzić."
"Czy to możliwe, żeby..." - przez moją głowę przeleciała krótka, niedokończona myśl.
Zaczęłam powoli zbliżać się do poczwary, unikając wciąż pędzących w moim kierunku błyskawic. Lloth wciąż stała w tym samym miejscu - była zbyt pewna siebie, aby obawiać się realnego zagrożenia z mojej strony.
Gdy znalazłam się już w odpowiednio bliskiej odległości, zapytałam cicho:
- A gdybym dobrowolnie poddała elfy i siebie pod twoją komendę?
Jeden ze stojących w pobliżu dowódców, który usłyszał pytanie, spojrzał na mnie z niedowierzaniem. Lloth zaśmiała się drwiąco.
- Myślisz, że możesz stawiać mi warunki lub bawić się w dziecinne układy? Co mi da dobrowolne poddanie się, skoro i tak nie jesteście mi do niczego potrzebni? Mam dość swoich poddanych, gotowych na każde skinięcie mojej ręki. Większą rozkosz i rozrywkę zapewni mi patrzenie na waszą powolną śmierć, niż na to, jak mi się poddajecie.
Jej odpowiedź nie miała dla mnie żadnego znaczenia. Ważne było, że przestała wysyłać w moim kierunku świetliste błyskawice, tym samym nie korzystając chwilowo z mocy Firyallaine. Nie czekając ani chwili dłużej, uniosłam w górę miecz, po czym za pomocą krótkiego zamachu przecięłam wiszący na jej szyi rzemień, podtrzymujący kryształ.
Od tego momentu wszystko zaczęło dziać się jakby w spowolnieniu. Widząc kątem oka zaskoczoną twarz Lloth, w ostatnim momencie schwyciłam spadającą Firyallaine, po czym bez namysłu cisnęłam nią z całej siły o rosnący w pobliżu pień wielkiej sosny. Kryształ rozbił się na drobne kawałeczki, a różowawa mgiełka, która otaczała go przed chwilą, z zawrotną szybkością poszybowała w stronę Lloth, zamieniając się w czerwoną kulę ognia. Kobieta - pająk wciąż stała w miejscu, najwyraźniej nie dowierzając w to, co widzi, kiedy kula uderzyła w nią z całej siły. Rozległ się przerażający krzyk, który po chwili zastąpiła zupełna cisza. Na miejscu stojącej tam przed chwilą Lloth leżała niewielka kupka popiołu.
Wciąż nie patrząc w stronę otaczających mnie elfów, wyjęłam schowaną w sukni Tullaine i, tak jak wcześniej z Firyallaine, cisnęłam nią o pień rosłego świerku. Rozległ się głośny świst. Fioletowa błyskawica, powstała z kawałków stłuczonej Tullaine, popędziła w stronę czerwonej kuli ognia. Zetknięte ze sobą, utworzyły wielki, błyskający czerwono - szaro - fioletowymi iskrami wir powietrzny. Po chwili część z tych iskier popędziła w stronę osłupiałych, stojących bez ruchu buntowników. Każda z nich z cichym furkotem okrążyła ciało jednego z nich, powodując dziwną zmianę w jego wyglądzie. Zmiana ta nie dała się właściwie opisać słowami - bardziej się ją wyczuwało, niż widziało. Potwierdzało ją natomiast zachowanie buntowników - każdy z nich patrzył dookoła siebie ze zdziwieniem, jeśli nie ze strachem. Niektórzy odrzucali ze wstrętem miecze i pełne strzał kołczany, inni, rozpoznawszy w elfach Verendill swoich dawnych dowódców, padali im do kolan, błagając o przebaczenie.
" Calenhir mówił prawdę" - przemknęło mi przez myśl. - " Ona omamiła ich wszystkich za pomocą Firyallaine. Tylko śmierć lub sama moc kryształu była w stanie ich uwolnić..."
Spojrzałam w kierunku szumiącego wiru i ze zdziwieniem zauważyłam, że wyłania się z niego kobieca postać. Miała długie, jasne włosy, nieustannie falujące wokół jej sylwetki pod wpływem niewidocznego wiatru. Uśmiechała się do mnie swoimi szarymi oczami, współgrającymi z kolorem jej sukni.
- Meaveriell... - szepnęłam, gdy jej bose stopy dotknęły chłodnej, pokrytej krwią ziemi.
- Znów się spotykamy, księżniczko Verendill.
Powoli skinęłam głową, patrząc w jej łagodne oczy. Po gwałtownych wydarzeniach, jakie rozegrały się od ujawnienia się Lloth, powoli powracała do mnie świadomość wszystkiego, co wydarzyło się wcześniej. Starcie na środku polany, odurzający zapach pokrywającej trawę
krwi, umierający Calenhir... i Dimmlon, leżący bez ruchu tuż obok pokonanego przez niego Arenhertha...
- Chciałam zginąć... - powiedziałam cicho, odwracając głowę, aby nie patrzeć w łagodne, wszechwiedzące oczy Meaveriell. - Zginąć w walce... Dlaczego...
- Nie było ci to dane?
Nie odpowiedziałam, nie skinęłam głową. "Po co mnie o to pytasz?" - przeleciało mi przez myśl.
Meaveriell uśmiechnęła się lekko. Samymi ustami.
- Nie, Ermenel. Ja nie pytam. Ja odpowiadam.
Nie zareagowałam. Wciąż patrzyłam w innym kierunku, jednocześnie mając wrażenie, że nic przed sobą nie widzę.
- Chciałam ci podziękować, księżniczko. Podziękować i zarazem ofiarować coś w zamian...
- Niczego...
- Poczekaj. Wielu ludzi traci to, co przeznaczone, lekceważąc słowa i pozwalając, aby pozostały niedopowiedziane. To wielki błąd...
Nie odpowiedziałam. Patrzyłam na ocalałych z bitwy żołnierzy Verendill, stojących tuż przy buntownikach i rozmawiających z nimi jeszcze nie do końca ufnie, przyciszonymi głosami, zupełnie jakby się bali, że to, co widzą przed sobą, jest tylko iluzją.
- To nie iluzja, księżniczko Ermenel. To rzeczywistość - szepnęła Meaveriell. - Spełniłaś marzenie wielu władców królestwa elfów. Zjednoczyłaś wszystkich swoich poddanych, przywróciłaś ład w świecie. Spełniłaś marzenie swojego ojca. Na pewno jest z ciebie bardzo dumny.
"Ale za jaką cenę..." - pomyślałam, patrząc na brunatną, zakrzepłą krew, pokrywającą całą przestrzeń polany; na martwe, nieruchome ciała młodych chłopców, którym nie dane było doczekać bezpieczeństwa nowego świata, o jakim opowiadali im ich ojcowie.
- Za cenę poświęcenia, pani Verendill. Poświęcenia, które nierozerwalnie łączy się z przeznaczeniem, a które każe iść naprzód nawet w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa. Poświęcenia, którego celem jest dobro wyższe, dotyczące wszystkich tych, którzy będą mieć szansę żyć innym życiem... Życiem godniejszym, szczęśliwszym... Zachowanym w pamięci o bohaterach, którzy nie bali się poświęcić własnego życia i tego, co ukochali, na rzecz lepszej przyszłości swoich rodaków... Wiesz o tym wszystkim, Ermenel. Doskonale to rozumiesz...
Przymknęłam oczy, zza których mimowolnie popłynęły dwie słone łzy.
- Musisz być silna, aby móc nadal przewodzić tym, którzy ci, ufają, księżniczko - rzekła Meaveriell po dłuższej chwili ciszy. - Niedługo portal Sinyakuille zamknie się, po to, by już nigdy się nie otworzyć. Zanim jednak poprowadzisz swój lud do upragnionego bezpieczeństwa i wolności, chcę ci coś podarować. Proś mnie, o co tylko zechcesz, pani Verenendill. Chcę, żeby stało się to moim podziękowaniem za przywrócenie światu sił, jakie powinny na nim panować od zawsze.
Zawahałam się.
- Proś mnie o cokolwiek, czego pragniesz - powtórzyła Meaveriell. Wyraz jej oczu był nieodgadniony. - Wiem, że zawsze bardzo tęskniłaś za matką. Teraz, jeśli tylko zechcesz, możesz z nią porozmawiać...
Spojrzałam na nią z niedowierzaniem. Skinęła lekko głową.
- Wszystko jest w zasięgu twojej ręki, pani Verendill. Cokolwiek pragniesz...
Serce waliło mi jak młotem. Jeśli to rzeczywiście możliwe... Choć na chwilę nie czuć się samotną, zostawioną samą sobie... Choć na moment mieć przy sobie kogoś tak bardzo upragnionego... Chociaż przez chwilę nie tęsknić za bliskością...
W tym samym momencie przez warstwę tłoczących się we mnie myśli przedarło się niejasne, zamglone wspomnienie pewnego wieczoru, mającego miejsce, wydawałoby się, tak bardzo dawno temu... Wieczoru, w którym ktoś pozwolił mi zrozumieć, że nie jestem sama, chociaż w wielu sytuacjach mogłoby się tak wydawać... Wieczoru, w którym zrozumiałam, że jest przy mnie ktoś, kto doskonale mnie rozumie i nigdy mnie nie zostawi, nawet jeśli będzie daleko ode mnie...
Kątem oka spojrzałam na leżący w pobliżu, nieruchomy kształt. Czy to możliwe, żeby...
Meaveriell uśmiechnęła się do mnie ze zrozumieniem. Tym razem nie tylko samymi ustami.
W końcu, siódmego dnia po wyjściu z Verendill, doszliśmy na miejsce. Długie kolumny elfów powoli przechodziły obok coraz bardziej przerzedzających się drzew, by po chwili znaleźć się na skraju lasu, gdzie u podnóży zaczynających się tu gór, stała stara, lecz wciąż piękna brama. Patrząc na nią, w pełni zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo ogólnikowy był opis Dimmlona.
Sinyakuille rzeczywiście wyglądała jak szeroki, wykonany z szarego granitu łuk, ozdobiony roślinnymi ornamentami, wykonanymi z kamieni szlachetnych, a wyglądem przypominającymi płaskorzeźby. Prawie emanowała magią, której służyła. Na jej szczycie znajdował się napis, wyryty w starożytnym języku elfów, znanym mi trochę dzięki lekcjom u ojca. Język ten zaczął powoli zanikać, gdy w dawnym królestwie elfów zaczęli osiedlać się ludzie, przybyli tu zza morza Nasselie. Języki obu ras uległy wtedy uwspólnieniu, a z rodzimej mowy elfów ostały się jedynie pojedyncze zwroty.
- Wasza Wysokość - z zamyślenia wyrwał mnie głos Nennaela, przewodniczącego Rady. - Musimy się spieszyć... Nie mamy czasu...
Wolno skinęłam głową, nie wiedząc do końca, co powinnam zrobić.
- Według Księgi Praw Verendill to prawowity władca królestwa musi odczytać napis na bramie. - elf wydawał się czytać w moich myślach. - Tylko wtedy przejście portalem będzie możliwe.
Powoli zsiadłam z konia i podeszłam do bramy, czując na sobie setki spojrzeń. Wokół panowała niesamowita cisza, nie przerywana nawet przez najcichszy szmer. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że odkąd wyszliśmy na skraj lasu, nie słyszałam śpiewu ptaków, towarzyszącego nam do tej pory praktycznie każdego dnia. "Aura otaczająca to miejsce jest naprawdę niezwykła" - pomyślałam, stając przed bramą i usiłując przypomnieć sobie cokolwiek z tego, czego uczył mnie ojciec. Wyryte w granicie litery pobłyskiwały złotą, wyblakłą farbą.
***
- Jak w takim razie powiesz: jestem księżniczką Verendill, córką króla Tanwetha?
- Na i haryonne' Verendill, seldien' haran Tanweth.
- Bardzo dobrze, Ermenel. Musisz tylko popracować trochę nad wymową. W wyrazie haran akcent pada na ostatnią sylabę, w haryonne natomiast - na drugą.
- Na i haryonne' Verendill, seldien' haran Tanweth.
- Doskonale, córeczko! Hm... W takim razie... Moja matka ma na imię Nelvhis. Nie mam rodzeństwa.
- Ine amme esse na...
***
- Za długo to trwa - jęknął cicho Nennael. - Co będzie, jeśli...
- Spokojnie. - Dimmlon przywołał na twarz lekki uśmiech. - Poradzi sobie.
***
- Te sinya quent na'e latin ten ello her quende! - przeczytałam głośno, patrząc na majaczące w oddali, ośnieżone szczyty gór.
Przez chwilę nic się nie działo. Już miałam powtórzyć wezwanie, wyryte na półkolu, zamykającym Sinyakuille, gdy nagle w przestrzeni, ograniczonej ściankami łuku, rozbłysło złote, oślepiające światło. Przymknęłam oczy. Gdy je otworzyłam, przestrzeń pod półkolem bramy wypełniona była dziwną substancją, wyglądem i konsystencją przypominającą wodę, pomijając to, że nie była przezroczysta.
Powoli podeszłam do osłupiałego Nennaela i towarzyszącego mu, lekko uśmiechniętego Dimmlona.
- Najpierw przejdą kobiety i dzieci. - powiedziałam spokojnie. - Armia, zwiadowcy i członkowie Rady wraz ze mną wejdą na końcu.
***
Gdy wszyscy przyzwyczaili się już do krótkich, oślepiających błysków, towarzyszących przechodzeniu poszczególnych elfów przez bramę, ewakuacja szła sprawnie i dość szybko.
Miałam coraz większą nadzieję na to, że uda nam się przejść przez portal bez spotkania z buntownikami. Tym niemniej nie byłam zaskoczona, kiedy w ścianie lasu, znajdującej się za nami, rozległy się nagle dziwne hałasy, wywołane przez stukot tysięcy par ciężkich, przystosowanych do wędrówek butów.
***
Buntownicy wysunęli się z lasu w momencie, gdy przez portal przeszła już znaczna część mężczyzn, nie służących w armii królewskiej. Ostrożnie wyszli z cienia drzew, patrząc na nas z wrogością w oczach. Niektórzy z nich, zwłaszcza ci, którzy znajdowali się w pierwszych szeregach, uzbrojeni byli w łuki, a na ich plecach spoczywały pełne strzał kołczany.
Przez kilka chwil mierzyliśmy się nawzajem wzrokiem w zupełnej ciszy.
- Ermenel... - szepnął Dimmlon. - Nie unikniemy walki...
Spojrzałam na niego, a potem na nieruchomych, wpatrzonych w przeciwników żołnierzy Verendill. Niektórzy z nich nieświadomie sięgali ręką do spoczywających przy boku mieczy.
- Przygotujcie się do walki. - powiedziałam cicho do jednego z dowódców, starając się, by głos ani trochę mi nie zadrżał.
Elf skinął głową, po czym odszedł, by przekazać polecenie żołnierzom.
- Spokojnie, damy sobie radę. - Dimmlon wpatrywał się we mnie uważnie.
- Jestem spokojna.
Przed pierwszy szereg buntowników wyszedł barczysty, ciemnowłosy elf, noszący na dłoniach rękawice z mosiężnymi ćwiekami. Drgnęłam ledwo zauważalnie. Nie uszło to uwadze Dimmlona, który wpatrzył się w buntownika, mrużąc z nienawiścią oczy.
- Myślałaś, że uda ci się uciec przed poddanymi Mrocznej Pani, księżniczko? - zaczął szyderczo Arenherth, ten sam, któremu zawdzięczałam dwie, ciągnące się przez policzek blizny. - Przeliczyłaś się, Wasza Wysokość, co zaraz udowodnimy, wybijając was wszystkich, co do jednego. Ach, a tak na marginesie: Mroczna Pani przekazuje serdeczne podziękowania za otwarcie portalu. Ułatwiłaś jej zadanie...
Wystrzelili bez żadnego ostrzeżenia, jednocześnie. Grad strzał dosięgnął kilkudziesięciu żołnierzy Verendill, którzy z głuchym jękiem padli jak jeden maż na ziemię, znacząc ją plamami krwi.
- Bij, bij! Zabij! - rozległo się od strony biegnących na nas buntowników.
Żołnierze Verendill ze świstem wyciągnęli miecze z pochew.
- Na nich! Szarżą! - krzyknęli jednym głosem dowódcy, popędzając konie.
Jeźdźcy uderzyli w cwał.
- Za Verendill! Za księżniczkę! Na pomstę za naszego króla!
Tuż obok mnie rozległ się świst klingi. Dimmlon wskoczył na konia i z wrzaskiem ruszył na buntowników, dołączając do pędzącej konnicy.
Starli się na samym środku polany. Zaświszczały strzały, błysnęły ostrza, zabrzmiały przeciągłe krzyki, mieszające się z przeraźliwym rżeniem koni. Trawa zalśniła krwawą czerwienią.
- Mają znaczną przewagę - powiedziałam cicho, widząc, jak zza ściany lasy wybiegają coraz to nowe szeregi buntowników.
Jeden z dowódców piechoty, stojący obok, spojrzał na mnie kątem oka.
- Mam wydać rozkaz wysłania dalszych oddziałów? - zapytał.
- Nie... Jeszcze nie.
***
Przeraźliwe krzyki dźwięczały nieprzyjemnie w uszach, mieszały się z odgłosem padających na ziemię ciał. Pod skupiskiem kilku sosen i modrzewi w dzikich konwulsjach zwijał się koń. Tuż obok leżał nieruchomo jakiś elf. Zapewne jego właściciel, chociaż trudno było to poznać - zabity miał odciętą głowę.
Dimmlon szedł uparcie do przodu, usuwając po drodze wszystkie przeszkody w postaci buntowników. Klinga jego miecza, podobnie jak ubranie, naznaczone były ciemnymi plamami krwi. Szedł, patrząc wciąż w ten sam punkt. Widać było, że zna swój cel i wie, że go osiągnie.
***
- Piechota! Naprzód!
Błysnęły miecze, zabrzmiały krzyki. Strumieniami popłynęła krew. Przestrzeń, dzieląca las od portalu Sinyakuille, zapełniona była trupami.
" Nie, tak nie będzie" - pomyślałam szybko. - "Dość przyglądania się - czas zacząć działać!"
- Za Verendill! Za króla! Za nadzieję!
***
- Nie mogłem się doczekać naszego spotkania...
Arenherth zmierzył wzrokiem stojącego przed nim elfa o długich, kasztanowych włosach i ciemnoniebieskich oczach, w których tliła się nienawiść. Rzucił okiem na zakrwawiony miecz.
- Nie mogłem się doczekać - powtórzył Dimmlon - żeby pokazać ci, czym się kończy zuchwałe zachowanie względem kobiet. Zwłaszcza tych, które są związane z królewskim tronem.
- Ach, to o to chodzi! - pozornie beztrosko roześmiał się Arenherth. - Radziłbym ci jednak, zagorzały obrońco nieudolnych księżniczek...
- Powtórz to jeszcze raz, a pożegnasz się z możliwością wypowiedzenia w przyszłości choć jednego plugawego słowa.
- Radziłbym ci - kontynuował niezrażony buntownik - zrobić w tył zwrot i wrócić do swojej księżniczki, zanim pokosztujesz smaku mojego miecza. A może wolisz, żebym utemperował ciebie podobnie jak ją? Przyznasz chyba, że na dobre jej to wyszło - teraz przynajmniej pilnuje swoich rzeczy, ot - choćby miecza. Widzisz, ile dobrego dla niej zrobiłem? Takie rozkapryszone panienki trzeba wychowywać... A i z tymi bliznami bardzo jej do twarzy...
Dimmlon zaatakował z góry, chcąc ugodzić elfa w bok. Buntownik skręcił się jednak w piruecie, unikając błyszczącego ostrza. Natychmiast kontratakował, próbując zwodzić swojego przeciwnika poziomymi ruchami miecza. Dimmlon nie dał się jednak zaskoczyć - uprzedził atak, wznosząc miecz ku górze i tym samym blokując cios buntownika.
- No no... - wycedził Arenherth, mocniej zaciskając palce na rękojeści miecza. - Trafił mi się chyba godny przeciwnik... Prawie jak jeden z nas...
- Nie lubię, jak się mnie porównuje do buntowników. - czołowy zwiadowca Verendill uniósł powoli miecz.
***
Wyrwałam z piersi buntownika zakrwawiony miecz i spokojnie patrzyłam, jak upada na ziemię, plując i dławiąc się krwią.
- Trzeba było nie zaczynać - powiedziałam cicho, przestępując przez niego.
Nie uszłam daleko. Po kilku zaledwie krokach natknęłam się na pół leżącego, pół siedzącego pod rosłą sosną elfa. Jego długie, jasne włosy pozlepiane były krwią. Tuż pod jego prawym ranieniem tkwiła strzała.
- No proszę... - mój głos nie miał zbyt przyjemnego brzemienia. - Nie liczyłam na to, że jeszcze kiedyś się spotkamy, Calenhirze...
Elf spróbował się podnieść, ale jęknął tylko, po czym oparł się z powrotem o pień. Podeszłam do niego wolno.
- Chyba... nie zamierzasz... mnie... dobić... - wystękał ciężko.
Milczałam, patrząc na zakrzepłą krew na jego ubraniu.
- To... nie tak... jak myślisz... Ona... Lloth... omamia ludzi... ma kryształ... on każe im robić... to... co ona chce...
- Usprawiedliwiasz się. Jak dziecko.
Calenhir nie odpowiedział. Po jego brodzie wolno pociekła strużka krwi.
Gdzieś z prawej strony dobiegł mnie stłumiony głos:
- To za Ermenel! I zapamiętaj sobie, żeby już nigdy jej nie tykać!
- Dimmlon? - szepnęłam, odwracając się od Calenhira.
Moje gardło ścisnęło nagle dziwne, niejasne przeczucie. Potykając się o nieruchome ciała, ruszyłam w stronę, z której dobiegał głos.
***
- I co teraz powiesz, buntowniku? Może nauczy cię to choć trochę kultury... - wycedził Dimmlon, ocierając spocone czoło i patrząc na leżącego na trawie elfa. Plama krwi na jego koszuli wciąż się powiększała.
Niewiele myśląc, czołowy zwiadowca Verendill splunął w kierunku leżącego Arenhertha, po czym powoli odwrócił się w drugą stronę.
- Dimmlon, uważaj! - rozległ się stłumiony krzyk.
- Ermenel? - szepnął ze zdziwieniem.
W tym samym momencie poczuł uderzenie czegoś ciężkiego. Zabrakło mu oddechu. Poczuł, że w ustach ma pełno krwi. Upadł na ziemię, pogrążając się w ciemności.
***
Jak przez mgłę zobaczyłam podnoszącego się z ziemi Arenhertha. Buntownik, słaniając się na nogach, wolno uniósł miecz, kierując go w stronę Dimmlona. Odruchowo przymknęłam oczy. Rozległ się odgłos kruszonych kości.
***
Szybko podbiegłam do leżącego na ziemi Dimmlona. Tuż obok niego leżał Arenherth, który upadł bezsilnie na ziemię tuż po zadaniu strasznego ciosu. Zbliżyłam ucho do twarzy zwiadowcy. Z moich ust wyrwał się bolesny jęk.
***
Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że wokół mnie panuje dziwna cisza. Z trudem uniosłam głowę.
- Wreszcie się spotykamy, Wasza Wysokość... - rozległo się od strony lasu.
- Mogłeś chociaż powiedzieć, że wybierasz się na jakąś arcyważną misję. - powiedziałam z odrobiną ironii w głosie.
Dimmlon spojrzał na mnie kątem oka.
- Czyżbyś się o mnie martwiła? - zapytał cynicznie.
- Dobrze wiesz, o co mi chodzi! - prychnęłam ze złością.
- Jak dotąd nie wpadłem na żaden genialny pomysł, więc może byś mnie jednak oświeciła?
Westchnęłam ciężko.
Rozmawialiśmy w ten sposób już dłuższy czas, jadąc na samym czele pochodu. Tym razem to Dimmlon był zwiadowcą, który nas prowadził. Okazało się, że podczas swojej ostatniej wędrówki, o której nikt nie miał pojęcia, poznał szlak, dzięki któremu mogliśmy szybciej dotrzeć do bramy Sinyakuille, omijając przy tym trasę, jaką podążali buntownicy. Wszystkie te informacje czołowy zwiadowca przekazał mi wczesnym rankiem, kiedy przygotowywaliśmy się do podjęcia dalszej wędrówki. Zboczyliśmy więc z wcześniej obranego kursu i, zagłębiając się w las, poszliśmy szlakiem, jaki wskazał nam Dimmlon.
- Kiedy umarł mój ojciec - powiedziałam cicho, patrząc gdzieś w bok - powiedziałeś, że nie mogę się poddawać. Mówiłeś, że przecież mam jeszcze ciebie... i że mi pomożesz. Więc liczyłam na twoją pomoc...
Elf milczał.
- A ty tymczasem wyjechałeś, nie mówiąc ani słowa. I zostałam sama.
- To nie tak, Ermenel. - Dimmlon także odwrócił głowę. - Chciałem ci pomóc, ale nie wiedziałem jak, więc stwierdziłem, że najlepiej będzie, jeśli znajdę trasę, jaką mogłabyś bezpiecznie poprowadzić mieszkańców Verendill...
- Nie mogłeś mi o tym powiedzieć? - przerwałam.
- Po co? - w głosie elfa zabrzmiała ledwie słyszalna nuta lekkiej irytacji.
- Jakby nie patrzeć, stoję na czele królestwa i powinnam wiedzieć o tym, co się dzieje z jego mieszkańcami.
- No właśnie. I w tym leży cały problem. - szepnął ledwo dosłyszalnie.
Już miałam zapytać, co chciał przez to powiedzieć, jednak w tym samym momencie gdzieś z tyłu rozległy się głośne krzyki i trzask łamanych gałęzi.
- Co tam się dzieje?! - krzyknął Dimmlon, zawracając gwałtownie konia.
Podążyłam jego śladem. Kiedy ostrym galopem minęliśmy kilka rzędów oglądających się za siebie z niepokojem elfów, naszym oczom ukazała się niewielka polana, leżąca po prawej stronie szlaku, którym szliśmy. Na jej środku szamotało się pięciu ludzi, z których trzech należało do żołnierzy Verendill, dwóch natomiast miało na sobie strój o szaro-zgniłozielonej barwie. Dimmlon, widząc jak jeden z żołnierzy upada pod wpływem mocnego uderzenia w twarz, zeskoczył z konia i pognał na polanę. Buntownik próbował uciekać, zwiadowca jednak dogonił go w porę i przygwoździł do ziemi. Tymczasem dwóch pozostałych żołnierzy, z których jeden był dowódcą, zdołało już unieruchomić drugiego z buntowników.
Zeskoczyłam z konia i spojrzałam na poharataną ćwiekami grubych rękawic twarz rannego elfa.
- Zaprowadzić go do medyka. - poleciłam, po czym szybko zbliżyłam się do znajdujących się na polanie elfów.
Kolejny żołnierz pomagał właśnie Dimmlonowi przytrzymać wściekle szamoczącego się więźnia, który klął i wrzeszczał wniebogłosy. Gdy tylko podeszłam bliżej, bez zastanowienia splunął mi pod nogi, za co natychmiast dostał po twarzy od Dimmlona. Gdyby nie podtrzymujące go ramiona, z pewnością by upadł.
- Przestańcie go bić i powiedzcie mi lepiej, co się stało. - zwróciłam się do jednego z żołnierzy.
- Ale... - próbował oponować czołowy zwiadowca Verendill, który przed sekundą unosił rękę z zamiarem zadania kolejnego uderzenia.
- Nie będziemy stosować metod, do jakich uciekają się buntownicy. - powiedziałam stanowczo, w dalszym ciągu patrząc pytająco w kierunku żołnierzy.
- Właściwie nie mamy pojęcia, skąd oni się tu wzięli, Wasza Wysokość. - zaczął jeden z nich z nieco zmartwioną miną. - Szliśmy razem z innymi oddziałami na końcu, kiedy zobaczyliśmy na polanie trzech elfów, ubranych w strój, jaki noszą buntownicy. Pięciu z nas zaczęło podkradać się w ich kierunku, ale spostrzegli nas, zanim do nich dotarliśmy...
- Chwileczkę... - przerwałam. - Powiedziałeś, że zobaczyliście na polanie trzech elfów i wyruszyliście na nich w piątkę. Dlaczego w takim razie jest ich tutaj dwóch, a was trzech?
Żołnierz zwiesił głowę.
- Jeden zdołał nam uciec... Wysłaliśmy za nim pościg...
Dimmlon mruknął coś pod nosem ze złością, natomiast buntownik, którego wraz z drugim elfem podtrzymywał, wyszczerzył zęby w triumfalnym uśmiechu, nie zważając na płynącą z jego warg krew.
- I co? Nie udała się wycieczka? - warknął z ironią. - Tumult zafajdanych żołnierzyków nie wystarczy, żeby złapać jednego z poddanych Mrocznej Pani? Coś kiepsko idzie ci rządzenie tym niby-państewkiem, Wasza Wysokość... Ale czegóż innego można się było po tobie spodziewać... I tak miałaś dużo szczęścia, że z ostatniego spotkania z nami wyszłaś jedynie z poharataną buźką. Więcej szczęścia niż rozumu...
Powstrzymałam gestem unoszącego dłoń Dimmlona. W tym samym momencie na polanę wbiegło dwóch zdyszanych żołnierzy.
- Nie udało... nam się... go... dogonić... - wydyszał jeden z nich. - Przykro nam... księżniczko... ale... nie znamy tych terenów... a on wpadł w jakieś krzaki... i...
- Spokojnie, jak na razie nic poważnego się nie stało. - próbowałam uspokoić znajdujących się na polanie elfów, a przy okazji siebie samą.
- Ale może się stać. - mruknął jeden z dowódców wojsk królewskich, podtrzymujący drugiego schwytanego buntownika, ukazującego zęby w drwiącym uśmiechu.
Obejrzałam się za siebie. Od strony trasy, którą szliśmy, spoglądały na mnie setki zaniepokojonych spojrzeń. Pochód się zatrzymał, na polanę wchodziły coraz to nowe elfy, w większości dowódcy poszczególnych oddziałów i członkowie Rady. Niewiele osób wiedziało jeszcze, co się stało, wszyscy jednak przeczuwali, iż nie jest to nic dobrego, o czym mogły świadczyć ich zaniepokojone miny.
Dimmlon podszedł do mnie wolno, oddając trzymanego dotąd buntownika w inne ręce.
- Ermenel, musimy ruszać. - powiedział cicho. - I to jak najszybciej. Jeśli ten, który uciekł, dogoni resztę buntowników, jeśli zdąży ich ostrzec... Trasa, którą was prowadzę, jest krótsza niż ta, którą szliście do tej pory, ale nie jest aż tak krótka, byśmy nie musieli obawiać się pościgu. Rozumiesz?
Spojrzałam na niego bez słowa. Elf musiał widocznie zauważyć strach w moich oczach, bo wyciągnął rękę i delikatnie musnął nią moją dłoń. Natychmiast jednak cofnął ją z powrotem, po czym odszedł w kierunku podtrzymywanych przez żołnierzy buntowników. Po chwili usłyszałam, jak zadaje im kilka pytań, na które odpowiedź stanowiło zupełne milczenie, przerywane jedynie tak samo odważnymi, jak obraźliwymi tekstami.
***
Buntownicy milczeli jak grób, nie zdołaliśmy dowiedzieć się od nich niczego. Ich jedyną reakcją na zadawane pytania były pogardliwe uśmieszki i nie mniej pogardliwe wyzwiska. Nie przemawiały do nich ani groźby, ani podstawiany pod gardła sztylet. Dla swojej pani byli gotowi nawet na śmierć.
Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, jak groźnymi są przeciwnikami.
***
Od tej pory znacznie przyśpieszyliśmy kroku. Większość trasy, jaką prowadził nas Dimmlon, pokonaliśmy w dwa dni. Jeśli w ogóle zatrzymywaliśmy się na postoje, to były one bardzo krótkie i służyły jedynie temu, by złapać oddech przed kolejną porcją żmudnego i męczącego marszu. Trasa wiodła przez gęste zarośla i krzewy, które znacznie utrudniały utrzymanie względnie stałego tempa. W dodatku wśród elfów zapanował nastrój niepokoju, zmieszanego ze strachem i graniczącego prawie z rezygnacją. Trwał on od dnia, w którym porządkowi oznajmili im o ucieczce jednego z napotkanych po drodze buntowników i wyglądało na to, że jeszcze przez długi czas nie zamierza zniknąć. Szliśmy więc naprzód w odczuwalnie ciężkiej atmosferze.
- Elfy wciąż wypytują, ile jeszcze będziemy musieli tak iść. - mruknęłam, zrównując się z jadącym na samym przedzie Dimmlonem. - Zaczynają być zniecierpliwieni...
- Już niedługo. - odparł krótko zwiadowca.
Przez dłuższą chwilę jechaliśmy w milczeniu.
- Kiedy szukałeś krótszej trasy, dotarłeś aż do bramy? - zapytałam, spoglądając na niego.
Elf wolno skinął głową.
- Jak ona wygląda?
- Portal o kształcie zwieńczonego półkolem łuku, zbudowanego z szarego granitu z wyrzeźbionymi płaskorzeźbami, znajdujący się praktycznie na samym skraju lasu. Otoczony rzadkimi skupiskami sosen i modrzewi, przechodzącymi w iglasty las na znajdujących się za bramą wzgórzach. Zresztą... to trzeba zobaczyć. Nie da się opisać bramy Sinyakuille zwykłymi słowami. Jest na to zdecydowanie zbyt niezwykła.
Już niedługo miałam się przekonać o słuszności jego słów.
Nazajutrz wyruszyliśmy z Verendill. Elfy, idące w długich szeregach i kolumnach, posuwały się wolno, taszcząc za sobą wozy z częścią swojego dobytku. Wielu raz po raz oglądało się w stronę bram pałacu, które zostawiliśmy za sobą. Kobiety miały w oczach łzy, dzieci szły ze spuszczonymi głowami, nie mając ochoty na zabawę. Wśród mężczyzn panował nastrój niezwykłej powagi. Dziwne wzruszenie zapanowało wśród wszystkich tych, którzy w ciszy żegnali swoje królestwo, swoje domy i ukochane miejsca, do których przez długi czas byli tak bardzo przywiązani.
Wraz z członkami Rady jechałam na czele pochodu, raz po raz doglądając ostatnich poprawek, dotyczących trasy, jaką mieliśmy podążyć. Miały ją stanowić szlaki, nieuczęszczane z reguły przez elfów, a znane lepiej tylko zwiadowcom, jadącym wraz ze mną na czele pochodu bądź też penetrującym okolicę przed nami. Jeden z nich wynurzył się właśnie zza pobliskiej ściany wysokich i gęstych krzewów i podjechał w moją stronę.
- Pierwszy odcinek trasy jest czysty, Wasza Wysokość. - elf wskazał ręką na znajdującą się w niewielkiej odległości ścianę lasu. - Musimy skręcić za tą kępę drzew, a potem powoli zacząć zanurzać się w las.
Skinęłam głową i wydałam kilka rozkazów porządkowym, którzy natychmiast przekazali je dalszym kolumnom. Wśród elfów zapanował na chwilę cichy szmer, świadczący o tym, że wiadomość została im przekazana.
Ciemnozielone drzewa coraz bardziej się przybliżały. Miękki mech tłumił odgłosy końskich kopyt. Po chwili poczułam na twarzy miły chłód, tak bardzo charakterystyczny dla leśnego powietrza. Obejrzałam się za siebie. Drzewa nie rosły tu jeszcze w gęstych skupiskach - w szparach między nimi widoczne były jasne mury pałacu i otaczające je kolorowe nici tęczy. "Ostatnie pożegnanie..." - przemknęło mi przez myśl. Wstrzymałam konia.
- Nie zatrzymujcie się, dogonię was. - odpowiedziałam na pytające spojrzenia członków Rady.
Zawróciłam konia i podjechałam na skraj lasu. Pałac wyglądał z tej odległości naprawdę imponująco - marmurowe ściany wydawały się niezwykle delikatne, a w maleńkich wodospadach igrały promienie wschodzącego powoli słońca. Przymknęłam oczy, czując na twarzy lekki powiew ciepłego wiatru. Nie myślałam o niczym. Żegnałam Verendill, miejsce pełne dla mnie wspomnień, w całkowitym milczeniu.
***
- A Nethel mówi, że wcale nie dojdziemy do żadnej bramy. Mówi, że znajdą nas buntownicy i wszyscy zginiemy. - poskarżyła się mała, może sześcioletnia elfka, patrząc na mnie nieśmiało.
Oderwałam wzrok od płomieni niewielkiego ogniska i popatrzyłam z uśmiechem na dziewczynkę.
- Kim jest Nethel? - skinęłam ręką, by podeszła bliżej.
- To mój starszy brat. - elfka usadowiła się wygodnie obok mnie i wpatrzyła w jasne płomienie.
- A jak ty masz na imię?
- Arnille.
- Nie wierz we wszystko to, co inni ci mówią, Arnille. Trzeba mieć nadzieję, bo bez niej nie ma wiary w to, że coś może się udać. Jeśli nie masz nadziei, nie masz siły do tego, by walczyć o to, w co wierzysz. Rozumiesz?
Mała powoli kiwnęła głową.
- Trochę mi pani to zagmatwała, ale chyba wiem o co chodzi.
Uśmiechnęłam się lekko, spoglądając w stronę czerwonych płomieni ogniska.
Po długim marszu, który zajął nam ponad pół dnia, zatrzymaliśmy się na dość dużej polanie, by na chwilę odpocząć. Wszędzie wokół rozpalone były niewielkie ogniska, przy których siedziały grupki elfów, rozmawiających ze sobą przyciszonymi głosami lub posilających się przed dalszą wędrówką. Po polanie wesoło hasały dzieci, a wojskowi ćwiczyli pozycje i układy, traktując krótki odpoczynek jako kolejną okazję do ćwiczeń przed ewentualnym starciem z buntownikami. Na obrzeżach czuwały warty, gotowe w razie czego w porę ostrzec nas przed wrogiem.
Oderwałam wzrok od jasnych płomieni i rozejrzałam się wokół. Na polanie powoli zapadał zmrok, znaczący się ciemnymi plamami na pniach obrastających ją drzew. Większość małych elfów, znużona zabawami, spała w pobliżu ognisk, przy których siedzieli ich rodzice. Oni zresztą także przestali już rozmawiać - siedzieli obok siebie w milczeniu, zdając się być zupełnie pogrążonymi we własnych myślach. Na polanie panowała w tym momencie prawie zupełna cisza.
"Trzeba ruszać". - pomyślałam. - "Nie ma czasu na zbyt długie odpoczynki."
Powoli podniosłam się z ziemi, szukając wzrokiem któregoś z porządkowych.
- Pani nas zaprowadzi do tej bramy, prawda? - mała elfka pociągnęła mnie lekko za rękaw i zadarła jasnowłosą główkę, chcąc na mnie spojrzeć. - Moja mama mówi, że pani jest za młoda, ale ja wiem, że pani nam pomoże... Że nie zginiemy. Prawda?
Uśmiechnęłam się niewyraźnie.
- Postaram się.
***
Po niecałej godzinie wyruszyliśmy dalej. Przed nami było jeszcze sporo drogi, a jeśli chcieliśmy uniknąć spotkania z buntownikami, musieliśmy się pośpieszyć. Zwiadowcy ustalili co prawda, że poplecznicy Lloth będą szli zwykle uczęszczanym przez nich traktem, znajdującym się w zupełnie innej części lasu niż ta, przez którą szliśmy, stwierdziliśmy jednak, że lepiej jest zachować ostrożność.
Kiedy zatrzymaliśmy się na kolejnej, nieco mniejszej i bardziej zarośniętej polanie, była już ciemna noc. Większość elfów, kładąc się na rozłożonych na ziemi płaszczach, prawie natychmiast zasnęła. Nieliczni krzątali się po polanie, nie rozmawiając ze sobą i nie robiąc nawet najmniejszego hałasu. Na obrzeżach polany rozstawione były warty.
Drgnęłam lekko, czując na swoim ramieniu lekki dotyk czyjejś dłoni. Tuż za mną z lekko zaniepokojoną miną stał jeden z królewskich zwiadowców - Veneth.
- Czy mogłaby Wasza Wysokość pójść ze mną? Zauważyliśmy kręcącą się w pobliżu obozu postać...
- Buntownik? - zapytałam szybko.
- Nie wiemy, ale to bardzo możliwe.
Podeszłam wraz z nim do jednej z wart. Veneth bez słowa wskazał mi kępę drzew, znajdującą się w odległości jakichś piętnastu metrów od polany. Wśród pni rzeczywiście ktoś się poruszał.
- Wysłałem po niego dwóch żołnierzy. Za chwilę powinni wrócić - szepnął zwiadowca.
Wolno kiwnęłam głową, bezskutecznie próbując rozróżnić kontury tajemniczej postaci w ciemnogranatowym mroku.
Po kilku minutach w kępie drzew jakieś piętnaście metrów przed nami coś gwałtownie zaszeleściło. Po chwili dźwięk powtórzył się bliżej, za jakiś czas jeszcze bliżej. W końcu zamarł zupełnie.
- To tak się wita czołowego, oddanego królestwu zwiadowcę? - zabrzmiał lekko ironiczny, a jednocześnie rozbawiony głos tuż za naszymi plecami.
Odwróciłam się gwałtownie. To samo zrobił Veneth. Oboje spotkaliśmy chłodne spojrzenie ciemnoniebieskich oczu.
- Dimmlon?! - Veneth patrzył na długowłosego elfa z niedowierzaniem. - Co ty tu robisz?
- A tak sobie tylko przechodziłem... Wiesz, taki nocy spacerek... - w oczach czołowego zwiadowcy Verendill igrały wesołe iskierki.
- A gdzie Hearen i Fathir?
- Cóż... - Dimmlon udał, że się nad czymś zastanawia. - Trochę źle się poczuli, więc poszli do obozowego medyka.
Veneth spojrzał na niego dziwnie.
- Tylko mi nie mów, że...
- A co miałem robić? Zaatakowali mnie, więc musiałem się bronić. Nie sądzę, że uwierzyliby mi, gdybym próbował mówić, że jestem zwiadowcą królestwa.
Podczas całej ich rozmowy uważnie przyglądałam się Dimmlonowi. Jego płaszcz był mocno zniszczony i brudny, a on sam wyglądał na bardzo zmęczonego.
Nagle elf zwrócił się do mnie:
- Mam do przekazania kilka ważnych wiadomości. - jego ton brzmiał bardzo oficjalnie. - W ostatnich dniach...
- Nie dzisiaj. - przerwałam, spoglądając w bok. - Jutro się tym zajmiemy. Dzisiaj powinieneś odpocząć po podróży. Veneth oprowadzi cię po obozie. Jutro o świecie ruszamy dalej.
Dimmlon skinął lekko głową, po czym podążył w głąb obozu wraz ze swym przewodnikiem.
Na polanie zaległa głucha cisza.
Kiedy wyszłam na dziedziniec, wciąż czując w kieszeni chłodną Tullaine, zobaczyłam przed sobą mnóstwo twarzy, patrzących na w moim kierunku z niepokojem i strachem w oczach. Elfy stały wszędzie, począwszy od wąskich uliczek miasta, a skończywszy na szczycie schodów, wiodących na dziedziniec. Ten zresztą także był prawie całkowicie zapełniony, w większości przez członków Rady Verendill.
- Wasza Wysokość... - Nennael podszedł do mnie i odchrząknął głośno. - Twoi poddani czekają na twoje słowa...
- Ogłosiliście ewakuację? - zapytałam.
Elf skinął głową. Odetchnęłam głośno, patrząc na otaczające mnie przestraszone twarze. Przypomniały mi się pierwsze dni mojego pobytu w Verendill i uroczysta ceremonia, na któtej ojciec przedstawił mnie ludowi. Dziedziniec wyglądał wtedy podobnie... Tylko nastrój był inny.
- Mieszkańcy Verendill! - zaczęłam, czując na sobie setki spojrzeń. - Jak się pewnie domyślacie, wiedomość, którą chcę wam przekazać, nie jest niestety dobra. Niedawno otrzymaliśmy informację, że buntownicy z Morwen szykują się do ataku podobnego do tego, jaki miał miejsce trzynaście lat temu. Dla nikogo nie jest tajemnicą, że nie mamy wystarczających sił do obrony. Jeśli zostaniemy w Verendill, czeka nas nieunikniona klęska. Nie wszystko jest jednak stracone! Jeśli bowiem opuścimy w przeciągu kilku dni Verendill i skierujemy się w stronę bramy Sinyakuille inną drogą niż ta, którą podążają buntownicy, nie będzie nam zagrażało tak duże niebezpieczeństwo! Być może nie będziemy musieli nawet staczać z nimi żadnej bitwy, a za bramą wiodącą do nowego świata będziemy zupełnie bezpieczni.
Miałam wrażenie, że po tych słowach niepokój na kilku twarzach jeszcze się pogłębił.
- Nie ukrywam, że wiąże się z tym pewne ryzyko, ale na jeszcze większe narazimy się, pozostając na miejscu. - ciągnęłam. - Jak najszybsza ewakuacja jest w tym przypadku najlepszym i w sumie jedynym rozwiązaniem. Wiem, że zostawienie części waszego dobytku i rozstanie się z domem na pewno nie będzie łatwe, ale obiecuję, że tak samo wspaniałe królestwo stworzymy w nowym świecie. Mi także będzie trudno rozstać się z miejscem, z którym zapoznał mnie ojciec i które tak bardzo pokochałam, ale przyrzekam, że będę z wami i postaram się jak najlepiej wypełniać to zadanie, jakie przypadło mi w dziedzictwie po waszym i moim królu. Na pewno nie zostawię was na pastwę Mrocznej Pani i zdrajców, którzy jej służą! Jedyną rzeczą, której potrzebuję, jest wasze zaufanie, którego postaram się nigdy nie zawieść! Tylko razem będziemy w stanie dać podwaliny nowemu światu! Musicie w to wierzyć! Ja wierzę.
Rozległy się oklaski. Na twarzach części elfów zagościły na moment lekkie uśmiechy. Czułam jednak, że nie udało mi się całkowicie zlikwidować niepokoju, jaki towarzyszył zarówno mieszkańcom Verendill, jak i mi.
Na samym szczycie schodów, tuż przy barierce oddzielającej dziedziniec od miasta, stała mała dziewczynka, przyciskajć ze strachu ręce do ust. Obok klęczała zapewne jej matka, tłumacząc jej coś na ucho. Uśmiechnęłam się do małej elfki, chcąc dodać jej otuchy. Spojrzała na mnie, ale nie odwzajemniła uśmiechu.
***
Po ogłoszeniu ewakuacji nastąpiły dni pełne nieustającej prady. Wciąż biegałam po całym pałacu, rozdając polecenia, pilnując dostaw żywności i broni, rozmawiając z wciąż pytającymi o coś mieszkańcami miasta, planując wraz z członkami Rady i zwiadowcami trasę, jaką mieliśmy podążyć. Nie miałam nawet chwili wolnego czasu, ale nie przeszkadzało mi to.
W całym miasteczku wrzało. Elfy pakowały część swojego dobytku na drewniane wozy i taczki, zbierały żywność do dużych płóciennych worków. Dzieci patrzyły szeroko otwartymi oczami na ostrzących miecze i ćwiczących strzelanie z łuków ojców, nie do końca rozumiejąc, co się dzieje. Kobiety szyły ubrania i gromadziły żwyność, rozmawiając ze sobą przyciszonymi głosami. Młodzi chłopcy uczyli się walki mieczem u doświadczonych wojowników, by w razie czego móc walczyć razem z nimi. Do miasta wciąż wjeżdżali i wyjeżdżali zwiadowcy, niosący coraz to nowsze wieści.
Po trzech dniach gorączkowych przygotowywań jeden z nich oznajmił, że buntownicy wyruszyli na Verendill. Wśród elfów zasiadających w Radzie zapanowało żywe poruszenie. Zaczęli krzyczeć jeden przez drugiego:
- Jak to? Tak wcześnie? Przecież nie mogli przygotować się tak szybko!
- Co mamy teraz zrobić? Zostać? Wyruszyć?
- Nie mamy na tyle sił... W razie ataku nie mamy najmniejszej szansy na wygraną.
- Nie możemy przecież zostawić Verendill! Splądrują pałac, zniszczą miasto, pogrążą całe królestwo!
- Nie pogrążą królestwa! - krzyknęłam, wstając gwałtownie ze swojego miejsca. Mapa, nad którą przed chwilą się pochylałam, upadła na posadzkę. - Nie zniszczą prawdziwego Verendill, ponieważ każdy z nas nosi je w sercu! Mury to tylko namiastka! Prawdziwe królestwo jest w nas! To właśnie przez utratę ducha i pogrążanie się w rozpaczy ułatwiamy buntownikom jego zniszczenie!
W sali zapadła zupełna cisza, która trwała przez dłuższy czas, nie zakłócana nawet najcichszym dźwiękiem.
- Nie wywołujcie paniki. - powiedziałam spokojnie po chwili. - Ogłoście miastu, że wyruszamy jutro o wschodzie słońca. Jeden z was zaprowadzi mnie za chwilę do wojska.
***
Jedną z tradycji wojennych Verendill było spotkanie władcy z siłami wojskowymi królestwa i wymienienie kilku zdań, które stanowiły niezmienną od lat formułę. Spotkanie to odbywało się w przeddzień wyjścia wojska z miasta, na pałacowym dziedzińcu.
Kiedy wraz z Etherenem, jednym z członków Rady Verendill, znalazłam się poza murami pałacu, żołnierze stali już w bojowym szyku, trzymając w rękach okrągłe tarcze z godłem Verendill oraz błyszcące w świetle zachodzącego słońca miecze. Stali nieruchomo, z oczami skierowanymi prosto przed siebie. Było ich około dwóch tysięcy. O krok przed nimi w równych odległościach stało dwudziestu dowódców, odróżniających się od reszty czerwonymi szarfami, przepasanymi na peirsi.
Wyciągnęłam miecz z pochwy i trzymając go w niewielkiej odległości od siebie, skierowałam trzon kilngi ku górze, tym samym rozpoczynając ceremoniał. Zaraz po mnie zrobili to dowódcy, natomiast reszta wojska w tym samym czasie odłożyła miecze na posadzkę i przycisnęła prawą dłoń do piersi.
- Jako władczyni tego królestwa i wasza pani pytam was dzisiaj, w przededniu wypełnienia waszej służby: czyjego dobra i pomyślności pragniecie? - zapytałam, rozpoczynając tradycyjną formułę.
- Pragniemy dobra królestwa, w którym się urodziliśmy i wychowaliśmy oraz pomyślności wszystkich jego mieszkańców! - odpowiedział tubalny chór dwóch tysięcy głosów.
- Czy dla tego celu jesteście gotowi ponieść ofiarę z życia?
- Jesteśmy gotowi!
- Co przyrzekacie mi i mieszkańcom tego królestwa, dla których dobra będziecie wypełniać tą służbę?
- Przyrzekamy, że zadanie, jakie zostało nam powierzone, będziemy wypełniać sumiennie i odpowiedzialnie, nie lękając się żadnych przeciwności, a litość mając jedynie dla okazujących skruchę!
- Spełniajcie swoją powinność mądrze i z rozwagą, nie szczędząc sił i wiary w zwycięstwo, a motywem waszym niech będzie miłość do królestwa, którą i ja z wami dzielę.
Po tych słowach dowódcy położyli swoje miecze na posadzce, a sami klęknęli na jedno kolano, pochylając głowy. Podchodziłam kolejno do każdego z nich, dotykając trzonem swojego miecza ich prawego ramienia.
W końcu, po kilku minutach oddałam miecz Etherenowi, tym samym kończąc ceremoniał.
- Jutro o świcie wyruszamy. - powiedziałam, patrząc na wstających dowódców i podnoszących swoje miecze żołnierzy. - Dziś jednak bawcie się, tańczcie, spędźcie ten czas ze swoimi rodzinami. Niech ostatnia noc w tych murach upłynie w radości.
Odpowiedziało mi dwa tysiące par śmiejących się oczu.
***
Późnym wieczorem, kiedy wszyscy bawili się, żegnając tym samym swoje domy i bliskie miejsca, do mojej sypialni cichutko wsunęła się Arendehl.
- Dlaczego nie bawisz się razem ze wszystkimi? - zapytała, podchodząc do mnie.
Wzruszyłam ramionami.
- Myślę.
Aredhel popatrzyła na mnie uważnie.
- Boisz się? - zapytała cicho.
- Trochę. - mój głos brzmiał bardzo spokojnie. - A ty byś się nie bała? To na mnie spoczywa odpowiedzialność za los moich poddanych. A jeśli popełnię jakiś błąd?
- Nie popełnisz. Przecież wszyscy cię uwielbiają - potrafisz do nich tak doskonale przemówić...
- Odpowiedzialność to mimo wszystko ciężkie brzemię.
Przez dłuższy czas siedziałyśmy obok siebie w ciszy. Za oknem rozlegały się wesołe okrzyki, zmieszane z dźwiękami muzyki.
- Idź do nich. - powiedziałam po chwili. - Baw się, zapomnij chociaż na chwilę o tym, co zacznie się od jutra.
- A ty?
- Ja nie mogę zapomnieć.
Aredhel uśmiechnęła się współczująco i ruszyła do drzwi. W progu jednak odwróciła się jeszcze na chwilę, by cicho powiedzieć:
- Wiesz, kiedy pytałam o to, czy się boisz, miałam na myśli coś innego niż ewakuację. - po czym wyszła.
- Nie rozumiecie? - mówiłam z przejęciem do dwunastu zasiadających przy długim, prostokątnym stole elfów. - Lada dzień zaatakują nas buntownicy! Nie możemy stać bezczynnie i przyglądać się, jak plądrują Verendill i mordują jego mieszkańców!
- Wasza Wysokość... - Nennael, przewodniczący Rady Verendill, powoli i z wahaniem wymawiał słowa. - Doskonale rozumiemy desperację i lęk Waszej Wysokości o poddanych, ale...
- Ale nie możemy podjąć tak radykalnych środków, mając na uwadze jedynie twój sen, Pani. - stwierdził stanowczo brodaty elf o jasnych oczach.
- Nie rozumiecie... - w moim głosie brzmiała prawdziwa desperacja. - Ja ich widziałam! Patrzyłam na szerzące się w mieście krew i ogień... Widziałam buntowników bestialsko mordujących kobiety i dzieci... Patrzyłam na płonące domy... Widziałam prawdziwą rzeź! Nie mogę dopuścić, by coś takiego rzeczywiście się stało! Musimy jak najszybciej ewakuować wszystkich z miasta i podążyć ku bramie Sinyakuille! Buntownicy nie będą się tego spodziewać, bo w tym samym czasie wyruszą na Verendill! Naprawdę tego nie rozumiecie?
Dwanaście par oczu patrzyło na mnie z niedowierzaniem i wahaniem. Opadłam ciężko na fotel i ukryłam twarz w dłoniach.
- Co mam zrobić, żebyście mi uwierzyli? Jak mam was przekonać?
Żaden z elfów się nie odezwał. Zapadła długa cisza, którą przerwał w końcu Nennael:
- Wasza Wysokość... Chodzi po prostu o to, by nie narażać poddanych na panikę i stres, wywołane niepotrzebną ewakuacją. Będą przecież musieli w takim wypadku zostawić prawie cały swój dobytek i...
- To, na co zostaną narażeni, jeśli -pozostaną w Verendill, jest o wiele gorsze. - przerwałam.
- Ależ księżniczko... - odezwał się kolejny z członków Rady, siwowłosy elf o przenikliwym spojrzeniu. - Chodzi o to, że nie jesteśmy pewni, czy ewakuacja jest rzeczywiście potrzebna.
- Ja jestem pewna, Etheren.
Z twarzy elfów nie zniknęło jednak wahanie.
W tym samym momencie drzwi do Sali Dyplomatycznej otworzyły się z hukiem. Na progu stanął szczupły, jasnowłosy elf, ubrany w podróżny płaszcz.
- Pisiedzenia Rady nie godzi się zakłócać. - burknął jeden z siedzących przy stole elfów.
Przybyły poruszył się niespokojnie.
- Ale ja jestem posłańcem od zwiadowcy Dimmlona...
- Mów. - powiedziałam szybko, gestem każąc mu się przybliżyć.
Elf odchrząknął głośno.
- Buntownicy z Morwen szykują się do ataku na Verendill. Wejdą do miasta najdalej za sześć - siedem dni. Ich siły znacznie przewyższają nasze. Zwiadowca dowiedział się o ataku od złapanego przez siebie buntownika, który zresztą od tamtej pory nie miał już szansy wypowiedzieć choćby jednego słowa.
W sali zapadła grobowa cisza. Po moim krótkim podziękowaniu za informacje jasnowłosy posłaniec wyszedł. Zwróciłam swój wzrok na członków Rady. Żaden z nich nie patrzył mi w oczy.
- Zaraz po wyjściu z sali ogłosicie ewakuację, a następnie zgromadzicie mieszkańców przed dziedzińcem. Potem poczekacie na mnie. - zarządziłam, tym samym kończąc posiedzenie Rady.
***
Po wyjściu elfów z komnaty odetchnęłam głośno. Przez głowę przemknęła mi myśl, że tylko dzięki wieści od Dimmlona udało mi się zarządzić ewakuację. Odrzuciłam ją ze złością, podchodząc do znajdującego się na końcu sali okna i rozsuwając zasłonę. Jakież było moje zdziwienie, gdy zamiast widoku elfich domów na tle ciemnego nieba zobaczyłam przed sobą ciężkie, mosiężne drzwi z wieńczacym je ostrym łukiem! Zaintrygowana, nacisnęłam zimną klamkę. Drzwi otworzyły się z głośnym skrzypnięciem. Powoli zeszłam po wąskich, znajdujących się za za nimi schodach.
Po pewnym czasie znalazłam się w niewielkim, kwadratowym pomieszczeniu o kamiennych ścianach, które musiało leżeć pod poziomem pałacu. Panował tu miły chłód, nie ginący pod wpływem ognia pochodni, wczepionych w ścianę. Na środku znajdowała się kamienna półkolumna, na której spoczywała szklana gablotka. Podeszłam bliżej. Za szklaną ścianką leżała niewielka czarna kulka o fioletowo - niebieskich refleksach.
- Tullaine? - szepnęłam z niedowierzaniem.
Przejechałam palcem po zimnym szkle i powoli uniosłam poktywę gabloty.
W tym samym momencie w komnatce niewiadomo skąd pojawił się lekki, chłodny wiatr, delikatnie owiewający moje policzki, który po chwili przeniósł się na drugi koniec pomiesczenia, gdzie stworzył niewielki powietrzny wir.
Powoli opuściłam rękę, wpatrując się ze zdziwieniem w wyłaniającą się z wiru kobiecą postać o długich, sięgających do pasa, bardzo jasnych włosach, nieustannie falujących wokół jej ciała pod wpływem niewidocznego wiatru.
Kobieta postawiła bosą stopę na kamiennej posadzce i spojrzała na mnie łagodnymi, szarymi oczami, współgrającymi z kolorem jej długiej sukni.
- Kim jesteś? - zapytałam cicho.
- Mojego imienia nie da się wypowiedzieć w waszym języku. - głos kobiety brzmiał, jakby dochodził z daleka. - Możesz jednak mówić na mnie Meaveriell, księżniczko.
Kobieta podeszła do mnie. Jej długie włosy nieustannie poruszał niewyczuwalny wiatr.
- Kim jestem? Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta. Jestem zagadką i poznaniem, początkiem i końcem, zasadą i przyczyną.
Uśmiechnęła się lekko. Wpatrywałam się w nią z wciąż rosnącym zaintrygowaniem.
- Jak myślisz, księżniczko Ermenel... - Meaveriell podeszła do gablotki i wpatrzyła się w połyskującą Tullaine. - Czy siły, rządzące światem, a zamknięte w małej czarnej kulce, mogą w pełni dbać o ład i porządek?
- Zostały tutaj zamknięte ze względów bezpieczeństwa... - powiedziałam niepewnie.
- Naprawdę myślisz, że siły, które od wieków czuwały nad porządkiem w świecie, mogłyby w jakikolwiek sposób zagrażać bezpieczeństwu jego mieszkańców?
- Może to oni zagrażali im...
Meaveriell odwróciła głowę w moją stronę i długo patrzyła mi w oczy.
- Ludzie zawsze pożądają tego, co daje im nieograniczoną władzę. - westchnęła cicho. - Nie zdają sobie sprawy, że zadzierają z potęgą, która może zetrzeć ich w drobny pył.
Milczałam. Długowłosa kobieta, tak jak ja wcześniej, przejechała palcem po szklanej ścianie gablotki.
- Jeden z twoich poprzedników, król Gorsarn, słono zapłacił za swoją chciwość. To on zamknął siły w trzech schowkach. Chciał nimi władać i za to właśnie został przeklęty.
Moim ciałem wstrząsnął lekki dreszcz, a przed oczami ukazał się obraz z mojego snu: podobizna siwowłosego, brodatego elfa o ostrych rysach twarzy, podpisanego jako "Gorsarn Haran", widniejąca na gobelinie, przedstawiającym ród królewski Verendill. A potem gasnąca nagle świeca...
- Zamykając siły i pozbawiając je wolności działania, jednocześnie odebrał im część mocy. - ciągnęła Meaveriell. - Od tamtej pory porządek świata został częściowo zburzony, bowiem siły za niego odpowiedzialne, zamknięte w schowkach, znanych elfom jako Lhutllaine, Tullaine i Firyallaine, nie mogły go w pełni kontrolować.
Szybko spojrzałam w stronę kobiety. Jej włosami nadal targał niewyczuwalny wiatr. Uśmiechnęła się gorzko, widząc mój wzrok.
- Dobrze myślisz, księżniczko. Gdyby siły pozostały na wolności, bunt elfów nie mógłby dojśc do skutku, bowiem taka poczwara jak Lloth nie miałaby nawet szansy na to, by się urodzić.
- Co mogę zrobić? - zapytałam po dłuższej chwili ciszy. - Dlaczego mówisz mi to wszystko? I kim ty właściwie jesteś?
- Jeszcze nie wiesz? - Meaveriell przybliżyła się do mnie. Jeden z jej falujących kosmyków musnął mi policzek. - Jesteś przecież domyślna, Ermenel.
Wpatrzyłam się w jej szare, pozornie zwyczajne oczy. Było w nich coś, co zupełnie nie pasowało do świata, który znałam. Coś dziwnie nieznajomego, wręcz nieziemskiego...
Nagle wszystko stało się dla mnie jasne.
- Dlaczego sama nie możesz uwolnić swych sił, pani? - zapytałam.
Kobieta uśmiechnęła się lekko. Samymi ustami.
- Nie musisz mnie tytułować, skoro ja nie robię tego w stosunku do ciebie.
- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie.
- Nie rozumiesz, Ermenel? Ja jestem iluzją, mitem, niewytłumaczalnym. Niewytłumaczalne nie może zmienić tego, co dokonało realne.
Meaveriell wolno podniosła pokrywę gablotki, wyjęła z niej połyskującą Tullaine i wsunęła mi ją do kieszeni.
- Nie bój się. - szepnęła. - Gdy chcesz zrobić coś dobrego dla sił i tym samym dla świata, nie czujesz pożądania.
Opuściłam głowę i spojrzałam na małe wybrzuszenie na mojej sukni, znaczące miejsce, w którym spoczywała Tullaine. Poczułam na policzkach chłodny powiew wiatru. Gdy podniosłam głowę, Meaveriell już nie było.